Kiedyś pisałam na blogu o różnych narzędziach do budowania relacji. To było we wcześniejszych wpisach, które zniknęły, ale jeszcze wrócimy do tego i porozmawiamy o wszystkich narzędziach. Chodzi o haczyki ( sposoby zwrócić na siebie uwagę i zmusić, by cały czas płynęła w naszą stronę, żeby człowiek się zahaczył), o piki czy igły ( pikaperskim slangiem), które powodują, że wygasające relacje albo relacje z dużym dysbalansem nabierają dynamiki i wychodzimy z minusa. Jest więcej tych narzędzi, opierają się one na znajomości Gestaltu i behawioryzmu ( wzmocnienie pozytywne lub negatywne). Są skuteczne, tak. Zwłaszcza jeśli człowiek ma charakter i szacunek do siebie. Wtedy nie biega od ściany do ściany, nie panikuje, nie wycofuje się z tego, co zrobil  czy powiedział.

Ale. O tych wszystkich narzędziach jest sens mówić tylko wtedy, kiedy jesteście na równi z partnerem. Albo jest niewielki dysbalans. Siedząc na podłodze czy w jamie nie da się zarzucić haczyka, on nie sięgnie i nie zahaczy kogoś, kto stoi nad Wami. Sami siebie możecie zahaczyć. Za pupę. Dlatego należy najpierw z wyjść z jamy albo wstać z podłogi, wyprostować się  i stanąć na jednym poziomie z partnerem.

I teraz zobaczymy jakie poziomy ma dysbalans, żeby znać, jak z niego wychodzić.

Zobaczcie, jeśli ważność partnerów w związku jest równa – oni stoją patrząc sobie w oczy, jest to linia środkowa powiedzmy.  Nikt nie jest wyższy ani niższy. Na zewnątrz może się wydawać, że jeden z partnerów lekko dominuje, ale to nie ma znaczenia. To są takie gry, na nie można sobie pozwolić, kiedy w związku jest równowaga znaczenia. To jak się partnerzy zwracają do siebie nie ma znaczenia, znaczenie ma tylko ważność partnerów dla siebie. Minusy często mają iluzje swojej ważności, własna figura wydaje im się ważna i znacząca, figura partnera minimalna. Dlatego staramy się bezlitośnie ściągać  koronę z iluzji, by pod nią zobaczyć prawdziwy stan rzeczy. Prawdziwy rozmiar własnej figury w czyimś polu.

Jeśli czyjaś figura zasłania nam niebo, a nasza własna zniknęła – siedzimy w jamie. To dno, niżej się nie da. Siedząc na dnie    można pożegnać się z myślą o naprawieniu związku, o zmianie sytuacji, o wpływie na partnera. Można nie myśleć o żądnych narzędziach do regulowania relacji, o niczym można już nie myśleć. Jedyne, co należy zrobić, to zacząć się wspinać po ścianach jamy, spadać na dół, znowu się wspinać i za którymś razem z tego dna się wydostać. Niektórym się udaje. Żartuje, udaje się wszystkim, prędzej czy później. Żeby było prędzej należy się pozbyć iluzji i znaleźć gdzieś ułamki szacunku do siebie i zacząć go pielęgnować. Jak trochę się wzmocni – zacząć go ćwiczyć, jak ćwiczymy mięśnie. Szacunek do siebie jak i granice można wyćwiczyć i potem to będzie działało automatycznie, odruchowo. Spotykając się z niewłaściwymi ludźmi czy sytuacjami nasze granice automatycznie będą sztywnieć i zamykać się. I otwierać się w odpowiedzi na właściwe postępowanie innych osób. To naprawdę można wyćwiczyć w sobie.

Być na dnie to skrajność (znana wielu), jest jednak poziom trochę wyższy od dna. To poziom listwy podłogowej. Jest to lepiej, niż dno, nie tak nisko, ale też niezbyt znaczące i zauważalne miejsce. Poziom myszy, który biegają w poszukiwaniu ziarenek pozostałych z wysypanego worka.

Powyżej od listwy podłogowej znajduje się poziom wycieraczki dla nóg. Poziom dywanika podłogowego. On powinien być miękkim i przyjemnym dla tego, kto będzie się o niego wycierał. Dywaniki zawsze bardzo się starają być miękkie. Dywanik czy wycieraczka są określeniem bardzo niskiej ważności jednego partnera dla drugiego. Kiedy dywanik zostaje w relacjach na każdych warunkach, kiedy dostosowuje się i nie sprzeciwia, inaczej nikt by go nie tolerował.

Jest jeszcze poziom psa. Kiedy kochają cię na swój sposób, dbają, akceptują, nawet pozwalają siedzieć przy wspólnym stole ale oczywiste jest dla wszystkich, że twój poziom jest niższy, że nie masz prawa decyzyjności. Ani żadnych innych praw. Ale nie gonią przynajmniej. Też fajny poziom. Te wszystkie poziomy zależne są od stopnia szacunku człowieka do samego siebie. Zabiegając do przodu powiem tylko, że kiedy powstaje sytuacja wyboru pomiędzy „JA” a „relacje”, należy zawsze wybierać siebie. Wybrać siebie oznacza rezygnacje ze swoich neurotycznych emocji, przeżycie 'głodu” i zaprzestanie być narkomanem.

I teraz zobaczcie: kiedy dwie osoby stoją równo naprzeciwko siebie i patrzą sobie w oczy – ich ważność dla siebie jest równa, nikt nie ma iluzji. Iluzje zaczynają się wtedy, kiedy zaczynamy lecieć w dól. Zaczyna się minus – rosną iluzje. Iluzje chronią psychikę przed bólem, przed prawdą, która człowiek chce ukryć przed sobą, od której chce uciec. Zbyt wiele ma do stracenia, nie wyobraża sobie rozstania i chowa się w iluzjach. Im mniejsza figura (ważność) człowieka w polu, tym większe są iluzje. Ale nawet iluzje nie zastępują całego obrazu sytuacji. One są tylko udekorowaniem wspólnego pola. Ta dekoracja co chwila się osypuje i kruszy. Wtedy minus ją zaczyna cerować i przez jakiś czas jakoś to działa. Wspólne pole to miejsce gdzie łączą się pola dwóch osób. Każdy człowiek ma swoje pole psychiczne (upraszczając – życie). I jeśli ludzie są razem ich pola się nakładają na siebie. Powstaje wspólne pole i dwie figury w nim, różnej albo takiej samej wielkości.

Czasami kiedy znajomość jest nowa, świeża, może nastąpić niespodziewane ochłodzenie  z jednej strony. Na przykład, przychodzimy na spotkanie z naszym nowym znajomym, z którym bardzo fajnie ostatnio spędziliśmy czas i dajemy mu krem do rąk. Albo jakiś inny dosyć intymny „prezent”. Po prostu zauważyliśmy ostatnio, że ma spierzchnięte dłonie (albo usta), nie ważne, robimy to w dobrej wierze. I nagle widzimy, że przyjaciel nie tylko się nie ucieszył wręcz czuje się skrepowanie i patrzy na zegarek, żeby szybciej zwiać. Czyli figura dziewczyny w tym wspólnym polu z jakichś powodów zmalała. Niewiadomo dlaczego. Na początku znajomości to bywa często, nie trzeba się tym przejmować. W stałych związkach jeśli figura  nagle maleje, to oznacza, że z jej strony były jakieś poważne błędy. I że na pewno to nie stało się nagle, tylko trwało już jakiś czas, tylko że ktoś mógł żyć w iluzjach własnej ważności. A w nowych znajomościach tak bywa często – nagle czujemy ochłodzenie relacji albo druga strona czuje to samo do nas. Jeśli mądrze się zachować, można będzie wyprostować sytuacje i znowu wrócić do wzajemnych emocji. Jeśli zacząć panikować można zlecieć w minus. Panikować i zaczynać walczyć oznacza, że przyznajemy, że mamy nad sobą kogoś, Gospodarza, który decyduje o wszystkim. Nie prawda, bzdura. Swoim gospodarzem jesteśmy my sami i nikt oprócz nas.

Nie należy panikować i zrywać relacje, żeby przywrócić równowagę znaczenia. Najmądrzej będzie obniżyć ważność tej osoby dla nas, zmniejszyć jego/jej figurę do poziomu naszej dla niego. To się robi tylko przeniesieniem uwagi na inne sfery życia. Jeśli zaczaić się, siedzieć i się nie odzywać ale myśleć i monitorować jego/jej profil na FB ważność nie tylko się nie obniży, ale urośnie do nieba. I znowu zacznie zasłaniać słońce. Potem pozostanie tylko rozważać, na jakim poziomie się jest – dywanika do nóg czy już listwy podłogowej.

Dlatego widząc obniżanie interesu w naszą stronę po prostu myślimy sobie : ” ok, myślałem, że jesteśmy narzeczonymi ale jestem dla niej póki co chłopakiem dla spędzania czasu; potraktuję tą znajomość tak samo”. I skupić się na swoich sprawach. Nie trzeba się na nikogo obrażać, nikt nie jest nam nic winien. To, że uroiliście sobie sami coś w swojej głowie nie oznacza, że możecie się obrażać, że świat się nie ukłonił w reweransie. Trochę skromności i więcej wewnętrznego umiejscowienia.

Jeśli wycofacie się na prawdę (a nie blefując i obgryzając paznokcie obserwując jego/jej profil na FB), jeśli uznacie prawo drugiej osoby do angażowania się lub nie, bardzo możliwe, że za jakiś czas do tej znajomości wróci balans równowagi znaczenia. Jeśli nawet nie wróci, jeśli nie będzie zaciekawienia z jednej ani z drugiej strony, relacja wygaśnie. Ale to jest lepsze, niż wychodować sobie monstra, który Was potem zeżre.

I teraz najważniejsze. Używać różnych „narzędzi” można tylko wtedy, kiedy się wyrówna balans równowagi znaczenia. Nie wolno nic robić, jeśli jesteście w jamie. Z jamy należy wyleźć, jak najszybciej, wytrzepać sobie spodnie i skromnie odejść. Kiedyś, może za rok, czy za dwa (o ile życie nie potoczy się inaczej) można będzie zacząć nową historię z tym samym człowiekiem. Ale żeby ją zacząć należy skończyć starą. Nie na niby, nie blefując. Rozumiejąc, że to koniec. Zajmując się swoimi sprawami, rozwijając zasoby, zawierając nowe znajomości, rozwijając siebie. Inwestując w siebie. Pracując. I najważniejsze – odbudować własną samoocenę, wyprostować swoją figurę, zacząć jakąś nową historię, nowe życie. Należy myśleć tylko o tym, a nie o tym, jak zwiększyć swoją ważność w relacjach z poziomu listwy podłogowej. „Nijak” ją nie zwiększysz 🙂 .  Nie da się w krótkim czasie oderwać się od listwy i wyrównać balans. Tak nie bywa. Należy przejść całą drogę comebacku, o ile on nastąpi.

Macie jakieś własne refleksje na temat tych procesów?

TK