Kokaina robi z ciebie nowego człowieka. I pierwsze, czego pragnie ten  nowy człowiek, to więcej kokainy” (c) Anonim                                

Zobaczmy jak powstaje brak równowagi znaczenia w relacjach, sam mechanizm podobnej sytuacji. I dlaczego minusowi tak trudno jest czasami uświadomić sobie, że jest minusem. Inaczej mówiąc, uświadomić sobie, że stoi na ulice, na kolanach z wyciągniętą ręką i prosi o jałmużnę plusa. Dopóki się nie zacznie nazywać rzeczy po imieniu, korona z iluzji, którą ma na sobie każdy minus będzie przekonywała, że wszystko jest w porządku. Że wcale się nie siedzi na ulicy, że plus tak samo jest zaangażowany w relacje, że ma po prostu mało czasu albo miał trudne dzieciństwo i nie potrafi okazywać uczuć. W ogóle korona z iluzji zawsze się zjawia w porę i pomaga przeżyć swój wstyd i hańbę, zasłaniając  sobą i przekonując, że nic takiego się nie dzieje. Absolutnie nic. Wszystko jest dobrze. I po co tak dosadnie mówić? Druga strona też przecież potrzebuje nas i naszej pomocy. Ona piszę za nas doktorat, a my za to przynosimy jej ciasto z domu i robimy kawę. Czyli nasza ważność dla drugiej strony jest taka sama, jak jej dla nas. Prawda?

Nie prawda. Druga strona się obejdzie bez kawy i ciasta minusa, bo ma alternatywę, a minus doktoratu nie napisze sam. Jeśli życie zmusi, to napisze, oczywiście, po prostu na razie on tego jeszcze nie wie o sobie. I tu jest właśnie ten niebezpieczny moment: kiedy zaczynamy się bać. Kiedy myślimy, że sytuacja, w której się znajdujemy, to nasza jedyna szansa.  Chwila, kiedy zaczynamy się bać, jest początkiem końca. To dotyczy nie tylko relacji damsko-męskich. Dotyczy każdych relacji i wszystkiego, poza relacjami. Nigdy nie wolno się bać. Jeśli komuś się wydaje, że nie da radę bez czegoś tam czy kogoś, to jest moment, kiedy należy zaczynać dawać radę samemu. Dalej będzie gorzej. Nawet w więzieniu przeżywa nie najsilniejszy czy bardziej wysportowany, tylko ten, kto się nie boi. To trochę inny temat, dla filmiku może, ale tak czy inaczej –  bać się nie wolno.

Zobaczmy, jak powstaje polarność w relacjach. W każdych, nie tylko w damsko-męskich. Załóżmy dziewczyna przyjeżdża studiować do większego miasta ze wsi. Albo z innego kraju. To są jej wymarzone studia i  bardzo by chciała je skończyć. Ale słabo zna język. Albo ma trudności z czymś innym. Na studiach  poznaje koleżankę albo kolegę, nie ważne kogo. Kogoś, kto jest bardzo uprzejmy i chętny do pomocy, czasami nawet bierze na siebie część obowiązków tej dziewczyny.  Częstuje kawą, podpowiada, wyręcza. Dziewczyna mogła by podziękować za pomoc i zrobić wszystko sama, ale boi się, że coś przeoczy albo  zrobi nie wystarczająco dobrze. Dlatego  jest bardzo wdzięczna koleżance  i zgadza się przyjąć na siebie rolę jej grzecznej uczennicy. Materiał do nauki na studiach staje się coraz bardziej skomplikowany, a  przecież i z wcześniejszym sobie nie radziła zbyt dobrze.   Pewnego dnia koleżanka obraża się na dziewczynę z powodu jakiejś błachostki. Dziewczyna odczuwa panikę i rozpacz. Przeprasza na wszystkie sposoby, jest nawet gotowa uznać tą drobnostkę za przestępstwo. Mimo to, z dnia na dzień koleżanka dziewczyny staje się coraz bardziej rozdrażniona i ciągle patrzy na nią z góry. Dziewczyna nie wie, co ma robić, nie wie, co się stało, w czym tak bardzo mogła zawinić? Nie może się skupić na nauce. Teraz całe jej życie i samopoczucie  staje się zależne od krytyki albo akceptacji tamtej koleżanki. Koleżanka więcej nie pomaga, ale dziewczyna staje się coraz bardziej zależna od niej. Czasami wydaje jej się, że robi to celowo, że czerpie jakąś przyjemność z tego, że tak ją poniża i gardzi nią. Mimo to nadal ma nadzieje na pogodzenie się, ponieważ życie w ciągłym stresie staje się dla niej koszmarem. Dziewczyna biega po kawę dla koleżanki, wykonuję różne jej prośby, załatwia różne sprawy w czasie wolnym od nauki i pracy. Czasami z litości koleżanka pomoże dziewczynie i na chwile tej się wydaje, że wszystko wróciło do normy. Ale po chwili znowu czuje się niewolnicą koleżanki, widzi, jak ta nią gardzi i coraz bardziej rozmazuje ją po ścianie. A koleżanka nie wie gdzie się schować od lepkości tej dziewczyny i jak sobie poradzić z jej błagającym spojrzeniem pobitego psa. I czasami nie wytrzymując tego potrafi nakrzyczeć na nią albo obrazić, i po chwili odczuwa wstyd i poczucie winy. Stara się to zrekompensować ale gardzi dziewczyną jeszcze bardziej.

Mniej więcej tak wygląda brak równowagi znaczenia w relacjach. Każdych. Tu opisałam go na przykładzie koleżeństwa, które też się zdarza toksyczne. W relacjach damsko-męskich dzieje się to samo.

Minus staje się minusem wtedy, kiedy zlewa swoje granice z granicami drugiego człowieka. Kiedy nie oddziela siebie od drugiej osoby. Kiedy nadaje innemu prawo i czasami obowiązek sprawiać sobie przyjemność. I myśli, że ta przyjemność jest wzajemna. Zamiast starać się samemu dbać o swoją przyjemność, samemu nauczyć się ją sobie dostarczać (znajdując nowe hobby, pasje, zainteresowania, zajęcia, namiętności) i zaciekawić sobą drugą stronę. Zaciekawić sobą kogoś można tylko dając drugiemu człowiekowi przyjemność (albo obietnicę przyjemności).      Bycie dobrym, ciekawym  rozmówcą też jest rodzajem przyjemności. Zależy, kto czego szuka, co dla kogo jest przyjemnością. Człowiek z empatią wychwyci potrzebę innego, rozszyfruje ją i mu da. Jeśli oczywiście jest zaciekawiony tą relacją.

Właśnie to oczekiwanie na przyjemność, którą zapewni nam ktoś inny jest początkiem śliskiej drogi w minus.

Kiedy istnieje szansa na nie wylądowanie w minusie, mimo, że otrzymujemy pomoc czy przyjemność od kogoś z zewnątrz?

Zobaczcie, jak było na samym początku znajomości. Bardzo możliwe, że koleżanka dzieliła się z dziewczyną wiedzą i doświadczeniem z dobrej woli i odczuwała przyjemność z tego, że może komuś pomóc. Czyli przyjemność ze znajomości była wzajemna. Różnica polegała tylko na tym, że koleżanka mogła dawać tą przyjemność, a mogła jej  nie dawać. Jej życie nie ucierpiało by z tego powodu. A dziewczyna od tej przyjemności, którą dostawała z tej relacji była uzależniona. Ona nie miała wyboru – brać albo nie brać. Mogła tylko brać. I w momencie, kiedy koleżanka przestała przeżywać przyjemność od swojej „misji” w życiu dziewczyny, kiedy się nacieszyła wspaniałą rolą nauczyciela i skupiła się na czymś innym, dziewczyna stała się lepka. Stało się jej za dużo w życiu koleżanki.

Co mogła zrobić dziewczyna, by nie zlecieć w minus? Mogła nawet przyjmować pomoc koleżanki ale trzeba było starać się ją przyjmując jednocześnie stawać powoli na własnych nogach. Starać się przyjmować coraz mniej i mniej, żeby w końcu zrezygnować całkowicie. A jednocześnie rewanżować się nie bieganiem po kawę tylko wykonywaniem dla koleżanki jakichś bardziej profesjonalnych zadań. Na przykład wykonaniem tłumaczenia z angielskiego na niemiecki albo robieniem innych bardziej ambitnych zadań. Zamiast czyścić jej buty. Wtedy braku równowagi znaczenia nie nastąpiło by. I dziewczyna nie została by żałosnym minusem, siedzącym na krawężniku z wyciągniętą  ręką.

Pisałam wyżej, że nie wolno się bać. Nie wolno się bać stracić. Cokolwiek. Partner powinien wiedzieć, że go kochamy, bardzo kochamy. Ale zostaniemy w związku nie na każdych warunkach. To powinno być odczuwalne w powietrzu, tego nie należy nawet mówić. Bać się stracić można tylko jednej rzeczy- siebie samego. Dla innych my jesteśmy żadną utratą, innym na nas napluć. A dla siebie samego my jesteśmy wszystkim. To jedyne, co mamy – siebie samego. Samochód mogą nam  ukraść, dom może spłonąć, mąż może się odkochać  i odejść albo… umrzeć. My mamy tylko siebie. Zwłaszcza, kiedy jest nam źle. Kto jest wtedy z nami? Tylko my sami. To dlaczego zdradzamy siebie w relacjach, ustępując swój teren komu popadnie? Kto może być ważniejszy dla nas, niż my sami?  Kiedy zaczynamy traktować siebie z szacunkiem, wszyscy pozostali robią to samo. Zupełnie inaczej, niż kiedy podajemy im siebie na tacy. Wtedy nikt się z nami nie liczy i nas nie szanuje. To dotyczy każdych relacji, i relacji z dziećmi również. Jeśli nie udało nam się  dziecko właściwie wychować, bieganie za nim i kupowanie  mu nowych gadżetów nic nie da. Będzie za mało. Albo nie takie. Albo nie ładne. Albo nie ten model. Więc trzeba odpuścić na jakieś 50 lat i zaczekać, aż dziecko nauczy się życia. I wróci samo. Ale samemu też trzeba żyć w tym czasie. Nie rozpaczać, że zrobiło się dużo błędów, tylko iść dalej. I nigdy nie stawiać nikogo wyżej od siebie. Ani dziecka, ani rodzica, ani partnera.

Wracając do braku równowagi znaczenia. Najgorsze zaczyna się wtedy, kiedy od spotkań z drugą osobą dostaje się taką przyjemność, że zaczyna się bać jej utraty. Jeśli boimy się, że partner przełoży spotkanie, to staje się nieciekawie. To oznacza, że jedynym źródłem zasilania stal się dla nas nasz partner. A my dla niego nie. Skoro się boimy. Nie balibyśmy się, gdyby tak nie było. I teraz zobaczcie, jak się rodzą iluzje. Minus boi się utraty tej randki, dlatego, że wie, że plus jest niezależny od niego. Plus ma wiele alternatyw, jak spędzić ten czas. A minus nie 🙂 Lęk  pochłania go z głową. I wtedy na pomoc przychodzi psychika: ona rodzi iluzje, które chronią minusa przed bólem prawdy. Minus myśli, że plusowi zależy tak samo, jak jemu. Że to po prostu jego niska samoocena  pozwala mu wątpić, że  plus go bardzo kocha.

To właśnie jest utratą siebie. Kiedy od innego człowieka zależy nasze samopoczucie. Kiedy jeśli on zadzwoni, to latamy w skowronkach. A jeśli milczy, to nie możemy się skupić na pracy i myślimy tylko o nim. Nie możemy sobie znaleźć miejsca, dosłownie. Większość ludzi właśnie w taki sposób wyobraża sobie miłość. Ale miłość nie jest cierpieniem. Zdrowa miłość jest wzajemna. Tak, cieszę się, kiedy mężczyzna zadzwoni, ale to nie jest u mnie stanem euforii. Mnie na nakrywa fala, jak narkomana działka. Dlatego, że ja nie wątpię, że on zadzwoni 🙂 Dlatego, że ta relacja jest zdrowa. A niezdrowa relacja interesuje tylko neurotyka. I to nie ma nic wspólnego z miłością. Zdrowego człowieka nie może interesować ktoś, kto się nie interesuje nim. Przy okazji, w relacjach neurotycznych obydwa partnerowi są neurotykami. Nie bywa tak, że jeden jest zdrowy, a drugi jest neurotykiem. Obydwoje się „jarają” pluciem sobie w twarz. Jeśli jeden wyzdrowieje – on odejdzie z  relacji. Zdrowy człowiek nie będzie zdradzał partnera, tłumacząc, że ma rodzinę i dzieci muszą pójść na studia (albo umrzeć). I wtedy on się rozwiedzie. Zdrowy człowiek robi to, co chce i nie robi tego, czego robić nie chce. Reszta to neurotyczne usprawiedliwienia własnych problemów ze sobą. I własnego tchórzostwa oczywiście. Albo braku motywacji.  Ale to nie jest historia zdrowa tak czy inaczej, i nie jest historia o miłości.

Więc.

Zdrowa miłość jest wtedy, kiedy nie musimy co chwila sprawdzać po omacku, czy partner nam nie uciekł. Zdrowa miłość jest wzajemna. Zdrowa miłość jest wtedy, kiedy chce się robić dużo rzeczy i dzielić się planami z ukochanym. Planami się dzielić, a nie swoimi wątpliwościami „czy Ty mnie kochasz?” 🙂  Zdrowa miłość nie robi z człowieka dywanika i nie robi z niego wyciągacza ( uwagi, zapewnień, ciepłych słów). Wyciąganiem jest też wymuszanie litości i wzywanie do sumienia, wzbudzanie poczucia winy. To jest najohydniejszy sposób wyciągania, najbrzydszy.

Jeśli zadzwoni ukochana połowa, to radość z tego telefonu jest sprawą normalną. Nienormalne jest, kiedy odczuwa się wtedy euforię i ulgę i myśli się : „super! nareszcie zakochałem się, będzie fajnie!” Fajnie może być tylko wtedy, jeśli się pomyśli: „Super, on/ ona mi się podoba, muszę zaciekawić go sobą, wyrosnąć, poduczyć się, zainwestować w siebie, przejść na wyższy level”. Skupiać się należy na tym, żeby mieć czym przyciągnąć kogoś do siebie. A nie na odwrót, ciągnąć się za kimś i biec samemu niewiadomo gdzie.

Wyjść z  tunelu zależności czasami bywa bardzo trudno. Lepiej po prostu nie dopuszczać do jego powstawania. Ale myślenie, że „nic mi się nie stanie, nie zakocha się we mnie i nie trzeba, mi też nie specjalnie zależy” jest podstępne. Lekceważenie, wypieranie   swojego zaangażowania działa, jak w przypadku narkomana: każdy z nich jest przekonany, że rzuci ” to świństwo”, jak tylko będzie chciał. A kokaina nie uzależnia. „Jak będę chciał, to przestanę brać”. Ale jakoś nigdy nie chcę  🙂  Lekceważąc swoją zależność nigdy sie z niej nie wyleczy. Tylko dziury w przegrodzie nosowej się zwiększą.

Żeby oddać sobie siebie samego należy najpierw przyznać się do zależności. I szybciutko znaleźć inne alternatywy, zaczynać szukać oparcia we własnych zasobach, szukać przyjemności we własnym świecie, zamiast poddawać się przyjemności, która płynie od zewnątrz. Inny człowiek nie może być źródłem narkotycznej przyjemności, nie wolno do tego dopuścić. Na samym początku to jest możliwe do zrobienia (rezygnacja z biernego otrzymywania przyjemności) ale wszyscy są bardzo leniwi i nikomu się nie chce rezygnować z narkotyku… 🙂  Ale nauczyć się kochać nie będąc lepkim narkomanem tak czy inaczej będzie trzeba. Teraz albo później. Jeśli na początku znajomości pare dni przeżyjemy w myślach o nowo poznanej osobie nic strasznego się nie stanie. Ale trochę równowagi możemy już utracić. A to są zawsze zmniejszone szanse na dynamiczną relacje. Na relacje ze wzajemnością.

Jeśli spędzamy dni marząc o kimś, kto, jak myślimy również marzy o nas, ale jest bardzo zajęty, należy też się stawać bardzo zajętą osobą. Dlatego, że myśląc o tym kimś hodujemy jego figurę w swoim polu, ona rośnie, wyrasta też znaczenie tej osoby dla nas. A jeśli drugi człowiek był zajęty przez cały ten czas, on nie mógł tyle samo myśleć o nas. I nasza figura w jego polu się zmniejsza. Powstaje  brak równowagi znaczenia. Jeśli zakochujemy się w kimś, kto ma sporo zasobów (inaczej tak szybko nie zakochalibyśmy się), to też powinniśmy pracować nad własnymi zasobami. Musimy mieć własny świat, własne sprawy i własne myśli,  pilnować, by poświęcać na relacje tyle czasu, ile go poświęca nasz partner. Inaczej staniemy się lepcy. Czyli nie utracić siebie samego można tylko w jeden sposób : biorąc na siebie troskę o własne przyjemności, troskę o to, żeby przyjemność w życiu zawsze się znajdowała w naszym zasięgu. To może być cokolwiek. Pasjonująca praca, ulubione hobby, wolontariat, pisanie wierszy. Coś, co kochamy robić i co nam daje dużo przyjemności.  Ale powinno to być w naszym zasięgu, by być alternatywą relacji z brakiem równowagi znaczenia.

Jeśli nie jesteśmy zależni od czegoś, będziemy mogli z łatwością zrezygnować, mając dużo innych alternatyw. A jeśli nie mamy alternatyw i jesteśmy zależni, z czasem zaczniemy dempingować, czy oddawać siebie po zaniżonej cenie. Potem zaczniemy prosić, a potem grozić i pisać skargi w partyjny komitet )) Potem spróbujemy to ukraść. A potem nawet nie dostając nic w zamian będziemy inwestować w to wszystko, co mamy, byle tylko nie stracić relacji. Wtedy to coś stanie się nie tylko najważniejszym ale też jedynym źródłem naszego zasilania. To będzie dno. I dotyczy to każdej relacji. Z rodzicami, z dziećmi, z partnerami w biznesie. Każdej relacji, którą boimy się stracić. Dlatego nieuchronnie tracimy siebie.

Zauważaliście ten mechanizm uzależnienia? Udawało się z tego wyjść? W którym momencie?

TK