Są osoby, które mają poważne problemy z granicami. Nawet nie zdając sobie z tego sprawę. Kto ma słabe granice? Człowiek ze słabymi granicami, to taki ktoś, kto spogląda na coś, co nie należy do niego 🙂 Nawet nie spogląda tylko wprost uważa to coś za swojego. Określić własne granice można wtedy, kiedy się rozumie, gdzie jest własny teren, a gdzie cudzy. Osoby ze słabymi granicami tego nie potrafią. Stąd problemy w relacjach takich osób i rozczarowanie całym światem. Z drugiej strony słabe granice ma też ktoś, kto pozwala innym wkraczać na swój teren. Słabe granice to wkraczanie na czyjś teren albo pozwalanie na to, by inni wchodzili na własny.

Jak  zrozumieć, gdzie są własne granice, a gdzie czyjeś? Co zrobić z kimś, kto przekracza granice?

Kogoś, kto przekracza granice i wchodzi na nasz teren można po prostu wyeliminować. Całkowicie. Na przykład zwolnić z pacy. Albo się rozwieść. Albo zablokować w telefonie. Albo usunąć komentarze. Albo usunąć z własnego życia. Wszędzie, gdzie możemy się pozbyć intruza, wszędzie tam jest nasz teren.

Ale co wtedy, jeśli nie możemy się kogoś pozbyć? Wtedy to oznacza, że ten teren nie do końca jest nasz.

Albo wcale nie jest. I wtedy należy się dogadywać, przekonywać, dzielić władzę, ustępować, szukać kompromisu, negocjować.

Na przykład ktoś probuje wślizgnąć się do naszego domu. Możemy go wyrzucić. Albo wezwać policję. Prawo jest po naszej stronie.

Albo ktoś napisze głupi komentarz na czyimś blogu. Właściciel bloga może zablokować go albo usunąć wypowiedź, żeby nie oglądać. To jest obrona granic. Ale nie zawsze i nie każdy to robi. Dlaczego? Dlatego, że prawdziwe, rzeczywiste granice nie zawsze przebiegają tam, gdzie są granice formalne.

Formalnie możemy wyrzucić z domu każdego, kto nie ma prawa własności albo nie jest zameldowany u nas w mieszkaniu. Ale w rzeczywistości nie możemy wyrzucić z domu kogoś, kogo kochamy. Kto jest ważny dla nas, kogo boimy się stracić. Albo na odwrót, kogo się po prostu sami boimy. Niby jest to osoba, która atakuje nasze granice. Ale okazuje się jednak, że granice nie są nasze. Skoro nic nie możemy zrobić. Okazuje się, że to nie jest nasz teren.

Na przykład zapraszamy do swojego domu przyjaciela, który w swoim domu ma remont i narazie pomieszka u nas. Przyjaciel zaprasza swoją dziewczynę, potem kolejną, potem rodzinę, mieszka coraz dłużej i nie zamierza się wyprowadzać. Zmienia wszystko w naszym domu, krytykuje, mówi nam co powinnismy robić i jak ustawiać swoje meble. Niby nie ma nic prostrzego, jak wywalić go i sprawa załatwiona. Ale tak postąpi ktoś, kto ma silne granice. Człowiek ze słabymi granicami będzie się bał, co o nim pomyśli przyjaciel i inni ludzie. Że nie jest życzliwy, nie jest wyrozumiały, nie jest demokratyczny w końcu! Nachalny przyjaciel nie będzie się bał, co o nim pomyśli gospodarz. Że gospodarz  opowie innym o tym, jaki ten jest nachalny i ograniczony. Za to gospodarz na skutek słabych granic będzie pozwalał, by w jego domu ktoś rządził za niego. Gospodarz ze słabymi granicami będzie się bal, że przyjaciel przesadzi opowiadając o jego nieżyczliwości i wszyscy się od niego odwrócą. Dlatego nie ma innego wyjścia, tylko tolerować chamstwo albo czyjąś głupotę na własnym terenie, żeby inni nie pomyśleli o gospodarzu źle. Niczym innym człowiek ze słabymi granicami nie może przyciągnąć ludzi do siebie, tylko jak ustępowaniem własnego terenu, uginając się, za każdym razem coraz więcej i więcej.

Nie wszyscy oczywiście mają z tym problem, ale granice rzeczywiście przebiegają gdzieś w tych okolicach – pomiędzy prawem do czegoś i umiejętnością z tego prawa skorzystać. Formalnie możemy kogoś zablokować, wyrzucić, odłożyć słuchawkę, zerwać znajomość. Ale faktycznie boimy się to zrobić, bo kochamy, nie chcemy, krepujemy się. Więc trzeba wyjaśnić dla siebie, gdzie leży ta granica. I dlaczego ona tam leży. Jeśli ktoś nas poucza albo obraża na naszym terenie, a my się z tym zgadzamy  i nawet przytakujemy, oznacza to, że  nie jest to nasz teren. Skoro pozwalamy na to. Co powinien zrobić intruz, żebyśmy go wyrzucili, zablokowali, rozwiedli się albo zwolnili go? Po jakim jego działaniu jesteśmy w stanie to zrobić? W tym miejscu i przebiega faktyczna granica w relacjach z tą osobą. W relacjach z innymi ludźmi ona przebiega gdzie indziej.

Niektórzy jeszcze liczą na to, że inni będą omijać ich granice z poczucia przyzwoitości. Ale inni je będą omijać tylko tam, gdzie nie będą mogli wejść. Nie ma co liczyć, że sumienie innego człowieka nie pozwoli mu wkroczyć na nasz teren jeśli sami boimy się mu tego zabronić. Każdy buduje swoje granice sam.

Drugi człowiek na tyle daje nam prawo korzystać z jego terenu, na tyle jest gotów nas wpuścić na niego, na ile jest zainteresowany relacją z nami. Jeśli jesteśmy mu potrzebni, on będzie się liczył z nami. Ale liczyć się będzie na tyle, na ile jest gotów się „posunąć” na swoim terenie. On będzie zastanawiał się, na ile zależy mu na nas i na ile zależy mu na swoim terenie. I na tej podstawie się dzielił nim albo nie.

Dlatego kiedy w relacjach istnieje równowaga znaczenia, kiedy obydwoje partnerów są niewielkimi minusami, w równym stopniu zależnymi od siebie – wtedy każdy chce się dzielić tym, co ma. Starają się być delikatni i cenią się nawzajem. Ale kiedy jeden dla drugiego jet wart dużo mniej,  pierwszy oddaje swój teren, drugi robi, co chce. Na ile mu pozwoli sumienie. Ponieważ gospodarz terenu w niczym go nie ogranicza. Ale „gospodarz” takiego terenu to taki sobie gospodarz. Prawdziwy gospodarz to ten, który może pozwolić sobie na więcej.

Zastanawialiście się kiedy, gdzie macie granice służbowe, prywatne, przyjacielskie? Ma ktoś problem z określeniem własnych granic?

TK