Proponuję taki temat, jak „inwestycje w związku”. Jak „podliczyć” ile warte są nasze inwestycje/starania w stosunku do starań partnera? Jak nie przedobrzyć  lub odwrotnie, jak nie stracić relacji z powodu braku własnego wysiłku? Jak nie zostać minusem albo plusem? Często właśnie bycie plusem jest trudniejsze do zniesienia, niż bycie minusem ) Oczywiście, minus się męczy nie dostając tyle, ile chce. Ale minus za każdą cenę chce pozostać w związku, na każdych warunkach. Dla niego związek to przyjemność. A plus ma na odwrót. Plus męczy się szukając wolności i świeżego powietrza, męczy się tolerowaniem partnera, z którym póki co musi być. (Tak mu się wydaje ).

Bardzo często patrząc na to ile daje z siebie jeden z partnerów i porównując to do inwestycji w związek drugiego partnera, można z dosyć dużą pewnością stwierdzić, kto w związku jest plusem, a kto minusem. Silny minus dosłownie kupuje względy i uwagę plusa. Z pozycji minusa tego robić nie wolno, oczywiście.

Inwestując finansowo w związek  z pozycji minusa nie osiąga się balansu relacji,  jedynie zwiększa się swój minus.

Zwiększa się też rozdrażnienie plusa. Nikt nie lubi dostawać prezenty od osoby, której nie chce  niczego oddawać w zamian. A dostając prezent czujemy  się zobowiązani. I na odwrót: wyjątkowo miło otrzymuje się prezenty od osoby, którą się kocha. Każdy ruch plusa, każdy jego gest w swoją stronę minus ocenia bardzo wysoko.

Często bywa tak, że partner, który zaniedbywał partnerkę, będąc z nią w dłuższym związku zaczyna to nadrabiać jedynie wtedy, kiedy ona chce odejść. Zwłaszcza kiedy w jej życiu zjawia się inny mężczyzna i partnerka się zakochuje. Chcąc zatrzymać partnerkę, partner  zaczyna zabiegać o nią, kupować drogie prezenty, robić wszystko to, co należało robić wcześniej i czego robić na tym etapie absolutnie nie wolno. Za późno, pociąg odjechał. To wszystko można było robić, kiedy byliście razem. Kiedy partner/partnerka chce odejść najlepsze, co można zrobić, to powiedzieć : „Ok”. I szybciutko przenieść swoją uwagę na rozwijanie własnych zasobów.

Zamiast tego większość osób zaczynają „tańce z bębękami” przy zdechłym koniu. To oczywiście nic nie daje, koń już umarł, ożywić go nie da się i były plus rzuca się ze skrajności w skrajność. Raz nienawidzi byłego minusa i opowiada znajomym, jakim on był chamem. Za chwile dzwoni do niego i prosi, by wrócił. Można oczywiście chodzić na terapię 2 razy w tygodniu przez trzy lata i opowiadać tam o swoim smutnym dzieciństwie. Ale jak pokazuje praktyka jak pierwsze, tak drugie , tak i trzecie nie wiele zmienią w życiu osoby, która ma zewnętrzne umiejscowienie kontroli i słabe poczucie granic. Dlatego szuka winnych na zewnątrz i chce zmienić sytuacje, nie zmieniając siebie. Chodzenie do kościoła i do wróżki  pomaga w tym słabo. Kościół i wróżka pomagają tylko ludziom adekwatnym, samodzielnym, nie szukającym winy w innych i nie oczekującym, że ktoś inny za nich rozwiąże ich problemy. Czyli osobom, nie szukającym figury rodzicielskiej na zewnątrz. (Trzeba sie nauczyć samemu być rodzicem dla samego siebie).

Teraz wrócimy do naszych „liczydeł”. Jaki błąd popełniają najczęściej osoby w związkach, nie ważne czy małżeńskich czy nie oficjalnych?

Największym błędem, który prowadzi do dysbalansu w związku czy do stanu upadłości jest nieadekwatne ocenianie swojej  wartości subiektywnej dla partnera oraz nieobiektywnie oceniane własnych „inwestycji” w związek.

Błąd się popełnia wtedy, kiedy korzysta się z zasobów partnera (np mieszka się u niego, używa się jego produktów) ale nie daje się nic w zamian.

Ta podstawowa księgowość niestety wymaga tłumaczenia, ponieważ większość ludzi wcale nie są chętni do dzielenia się zasobami, kiedy są małżeństwem lub po prostu mieszkają razem. A powinno być tak, że każdy z partnerów chętnie się dzieli tym, co ma, nie obawiając się „zainwestować” więcej.

Błędem jest to, kiedy za swoje „inwestycje w związek” uważa się ciepło, emocjonalny komfort, seks i inne nie materialne rzeczy. Inwestycje w związek podlicza się na podstawie wyłącznie rzeczy materialnych. Swoją stabilną walentność w związku można zapewnić tylko inwestując w niego materialne dobra nie w mniejszej ilości, niż partner. Inaczej zacznie się rozwijać dysbalans znaczenia. Partner, który inwestuje więcej, robi więcej dla wspólnego komfortu jest albo minusem, albo za chwile stanie się plusem i zostawi minusa. Nie zostawi tylko jeśli jest silnym neurotykiem + boi się „opinii społeczeństwa”. Taki związek się nie uda.

Nie można swoje ciepło, uwagę i seks przyrównywać do materialnych inwestycji w związek. Te niematerialne rzeczy (emocje, uwaga, zaangażowanie, czułość) i tak powinno się dawać partnerowi. To są rzeczy podstawowe, bez których związek nie ma sensu. Dlatego nie  należy tego wkładać „do skarbonki”, myśląc, że jest się takim nieziemskim. Jeśli partner nie chce dawać emocji, zainteresowania, seksu, uwagi, ciepła – jego wartość dla drugiej strony zacznie się zmniejszać. Nie ważne, że będzie mówił, że „haruje, jak wół” i manipulował, że „robię to „dla Ciebie”. Jeśli druga strona nie czuje, że ma obok siebie człowieka, który ją/jego kocha, związek również nie uda się.

Czyli emocji i rzeczy materialnych w związku powinno być po równo, każdy powinien się starać, inaczej powstanie dysbalans. Człowiekowi powinno być dobrze w związku, lepiej, niż samemu. Inaczej jaki to wszystko ma sens? Emocji i rzeczy materialnych nie powinno się skąpić, jeśli szkoda, nie trzeba być w związku, można mieszkać samemu.

Rzeczy materialne w związku to nie są same przedmioty czy pieniądze. Usługi remontowe, pranie, sprzątanie, przygotowanie obiadu to również materialna inwestycja w związek. Tylko że dzielić ją należy na dwa. Sprzątamy nie tylko dla siebie. Opiekujemy się dzieckiem wspólnym.

Niektóre kobiety liczą , że ich inwestycja w związek, to wysoka pensja, którą mogły by mieć, gdyby nie siedzieli ciągle na urlopie macierzyńskim. Tak liczyć nie wolno.

Liczyć można jedynie rzeczywisty wkład w związek, przy czym według ceny rynkowej. Ile by partnera kosztowało wynajęcie sprzątaczki czy inny personel? Chętnych jest sporo. Koszt takich usług nie jest zbyt duży. Dlatego jeśli partner dobrze zarabia i inwestuje we wspólne życie, nie trzeba myśleć, że ugotowanie obiadu czy naprawa pralki to wyjątkowa inwestycja z drugiej strony.

Natomiast liczenie swoich „usług seksualnych”  po cenie rynkowej jest przesadą w drugą stronę. Prostytutka kosztuje tak drogo dlatego, że jest to seks z różnymi kobietami, że w tym jest wolność wyboru, spełnienie różnych fantazji erotycznych itd. Seks z tą samą kobietą/mężczyzną nie kosztuje tak dużo, jak z prostytutką. Tym bardziej jeśli jest to małżonek i umówiliście się o wzajemnej wierności. Ale tak jest tylko w wypadku równej ważności partnerów. Jeśli mamy do czynienia z dysbalansem ważności, seks dla partnera w minusie będzie bezcennym. Nigdy i dla nikogo seks nie sprawia tyle przyjemności, co dla człowieka w minusie.

Jeśli chodzi o wzajemne inwestycje, to związek z równowagą znaczenia powinien wyglądać tak, że każdy utrzymuje siebie, po połowie się składa na wspólny budżet, a jeśli jeden z partnerów zarabia dużo więcej, to daje na wspólny budżet tyle, ile mu nie szkoda. Resztę dochodu może trzymać na swoim prywatnym koncie. Drugi partner nie powinien zaglądać mu do kieszeni, to są jego pieniądze. Może wydać je na co chce. Mniej zarabiający partner powinien być wdzięczny za większy wkład partnera w spólny komfort. Ale to nie powinno się traktować, jako obowiązek. Dzielić się chce się tylko z kimś, kto jest wdzięczny. A wdzięczność to nie „dzięki!” tylko gotowość i chęć dawania partnerowi to, na czym mu zależy. Starać się mu pomóc zawsze, być wrażliwym na jego potrzeby, chętnie w czymś pomagać.

Kiedy w związku jest stan upadłości, własne „inwestycje” wyglądają na większe, niż są. A „inwestycje” partnera wyglądają nieznacząco.

Kiedy w związku jest równowaga „inwestycje” są równe.

Podczas dysbalansu „inwestycje” minusa wyglądają na mniejsze.

Każdy drapieżnik (manipulant, pickuper, psychopata) prowadzi relacje w ten sposób, że jego „inwestycje” w związek zawsze posiadają jakiś koeficjent. Razy dwa albo razy trzy, w zależności od wielkości minusa partnera.

Jeśli wartość subiektywna Wiesia = 1, a wartość subiektywna Gienowefy =10, to Gienowefa może sobie pozwolić wchodzić na głowę Wieśkowi. Dziesięciokrotnie. Nic dobrego w tym nie ma, i nie warto o tym marzyć. Tym bardziej, że większość zwykłych śmiertelników nie potrafią tak profesjonalnie sprowadzać partnera do minusa. Nawet nie próbujcie )) Jeśli komuś się nawet wydaje, że jest on plusem i jego WS jest ogromna, prawdopodobnie są to tylko iluzje. Koronę poprawić – i pryśnie bańka mydlana.

Nie profesjonaliści nie mogą mieć kilkakrotnie wyższą od partnera WS. Dlatego, że bardzo trudno jest zwykłemu człowiekowi wytrzymać swój plus, zwłaszcza kilkakrotny. Na tym etapie plusa mdli od minusa. Kto zostanie w takim związku? Tylko profesjonalista (drapieżnik), który robi to po coś.

Oddawanie dużej ilości pieniędzy partnerowi jest możliwe jedynie przy bardzo wysokiej różnicy w WS. Wtedy sam fakt obecności plusa jest czymś bardzo porządanym dla minusa. On się zgodzi na wszystko.

Ale jeśli jesteście w związku małżeńskim albo poprostu żyjecie z kimś, nawet nie próbujcie hodować iluzje swojej nierealnie wysokiej WS. Przegracie. Wartość subiektywna powinna być równa dla każdego partnera. Wtedy to ma sens i tylko wtedy to jest piękny związek. Nigdy nie manipulujcie. Inaczej spadniecie na same dno jamy. Jesli nie w tej relacji, to w następnej napewno.

Chcecie porozmawiać na ten temat? Udaje się w związku podtrzymywać balans i równe inwestycje? W jaki sposób?

T <3