Niektóre osoby znajdują się na takim stopniu własnego rozwoju, że myślą, że źli ludzie mają w życiu lepiej. Albo, że dla osiągnięcia własnych celi wystarczy nauczyć się manipulować i sprowadzić partnera w minus. Wtedy partner stanie się zależny/a i będzie wszystko „po mojemu”. Kiedyś nawet miałam klienta, który zgłosił się po to, bym podpowiedziała mu, jak ma zmusić żonę do seksu. Żona najwyraźniej miała go dosyć i mężowi wydawało się, że można to zmienić nie zmieniając siebie. Próbowałam delikatnie naprowadzić go na myśl o tym, że może warto znaleźć pracę? Zająć się sobą? Dać żonie spokój, zastanowić się nad własnymi brakami i je uzupełnić? Nie, w tym wypadku chciało się wszystkiego i od razu. Nie wiadomo z jakiego powodu sporo osób myślą o tym, że miłość i szacunek można nie zdobywać ciężką pracą (przede wszystkim nad sobą) tylko można zdobyć to manipulując, oszukując, kradnąc, szantażując. Istnieją mężowie i żony, którym się wydaje, że przemoc psychiczna albo postawienie partnera w sytuacji bez wyjścia spowoduje, że „ocali się małżeństwo”. Czyli jeśli ktoś nie chce jeść kaszę manną, to należy go przywiązać i karmić nią na siłę. Albo stworzyć mu inne piekielne warunki, w których się wystraszy i zje tą kaszę sam. Wtedy problem będzie rozwiązany.

Oczywiście, przy pewnym poziomie znajomości psychologii, umiejętności poruszania  się w granicach można spowodować pewne przewidywalne zachowania u drugiego człowieka. Ale będzie to postępowanie nieekologiczne. Czyli takie, które daje skutek teraz ale na przyszłość nie wróży nic dobrego. Tak samo, jak nieekologiczne traktowanie natury. Teraz mamy zyski, potem następuje katastrofa.

Im więcej się przyglądam pikapowi, tym więcej odnajduję w nim założeń chrescjańskich. Żeby nie być minusem wystarczy nie postępować nieekologicznie. Czyli nie oszukiwać, nie stosować przemocy, nie dążyć do dominowania, nie manipulować. Nawet „drugi policzek” się „sprawdza”. To w ogóle super pikaperskie podejście i wyjątkowo skuteczne.

Wracając do nieekologicznego postępowania. Na przykład „wymuszanie” czegoś. Zazwyczaj postępują tak kobiety, ale są nawet mężczyźni, którzy nie brzydzą się takich zachowań. Ponarzekać, pojęczeć, wywołać poczucie winy. Robiąc to można osiągnąć sukces, czyli dostać to, co się chce. Ale tylko jeden raz. Następnym razem trzeba będzie włożyć więcej wysiłku w swoje jęczenie, ponieważ nikt nie będzie chciał nic dawać z dobrej woli. Wymusić coś, jak wcześniej będzie trudno, trzeba będzie się bardziej postarać i może tym razem postraszyć. Jeśli partner jest mądry, zrobi pikę albo kilka pik. Które zostałe zapracowane przez „wymuszacza”. Po pikach dojście do siebie trwa i jest trudne. Nawet jeśli się nie jest osobą neurotyczną, czyli sumienie, wrażliwość, współczucie, super odpowiedzialność za innych jest „wymuszaczowi” obca i jest on osobą bezwstydną i bez honoru, po dobrze zrobionej picę będzie mu źle. Nawet jeśli jest człowiekiem tępym i bezwzględnym. Na dobrych ludzi przy okazji pika mniej działa. Zresztą, jak i wszystkie te narzędzia do budowania relacji. Im więcej człowiek ma wad, im bardziej jest złym człowiekiem, tym łatwiej jest jego wyciągnąć z „pola prawa”, tym bardziej ucierpi w przypadku swoich błędów.

Jeśli chodzi o kłamstwo- tak samo. Działanie nieekologiczne. Przyłapanie na kłamstwie powoduje, że wszystkie pozostałe narzędzia, którymi posługuje się ta osoba stają się nieskuteczne. Nawet jeśli się nie złapało na kłamstwie, tak czy inaczej są wyczuwalne jakieś niespójności, co powoduje, że traci się zaufanie do tej osoby. Tak że lepiej nie kłamać, zwłaszcza w relacjach z osobami bliskimi. Niema nic ważniejszego dla zdrowych relacji.

Jeśli chodzi o manipulacje, dlaczego jest to działanie nieekologiczne? Dlatego, że manipulacja jest „stłamszeniem” woli drugiego człowieka. Próbą obejścia jego JA. Wiele osób myślą, że to jest złe tylko dla osoby, którą się manipuluje. To nieprawda, osoba, która manipuluje płaci potem jeszcze większą cenę. Manipulacja ma na celu podporządkowanie sobie woli drugiego człowieka, zrobienie z niego osoby zależnej, uległej, pokornej. Drapieżnicy robią to dla pieniędzy ( sprowadzają potrzebną im osobę do minusa), celowo doprowadzając związek do stanu braku równowagi znaczenia. Oni robią to niezauważalnie dla „zwykłego” człowieka, jedynie ktoś, kto się na tym dobrze zna może zauważyć mechanizm próby sprowadzenia go do pozycji dolnej. (Ale nawet oni płacą za to określoną cenę, później).

Jeśli mowa nie o drapieżnikach, to podobnymi manipulacjami próbują się bawić czasami mężowie, którzy żyją w związku w stanie upadłości. Mąż widzi, że żona go nie kocha. Nie próbuje „walczyć o związek” uczciwie, czyli pracując nad sobą i biorąc pod uwagę potrzeby żony ( czułości, uwagi, czasu, wrażliwości itd). Tylko robi to „prościej” , zwłaszcza jeśli jest człowiekiem zamożnym, mającym mocne filary, odpornośc na stres itd. A żona była tylko żoną, zaniedbywaną, lękliwą, nie robiącą nic w kierunku wzmacniania i zdobywania własnych zasobów. Takiemu mężowi wydaje się, że on robi dobrze, bo robi to dla „dobra rodziny”. Pozbawia żonę poziomu życia, do którego była przyzwyczajona, zastrasza, nie wiem, wiele innych głupot robią ludzie. Ale to „dobro rodziny” to przemoc, stłamszenie woli danej osobowości. Z powodu lęku niepracująca żona zostanie w związku, ale skutki tego będą bardzo dotkliwe, czasami katastroficzne dla obu stron. Z małżeństwa w stanie upadłości o wiele lepiej wychodzić w przyjaźń lub wspólne rodzicielstwo, niż sprowadzając żonę/męża do minusa, pozostając samemu w silnym plusie. Nie bawcie się w to, to nieekologiczne. Ekologicznym może być próba sprowadzania partnera do minusa, kiedy sam jesteś minusem, czyli jesteś zakochany i chcesz związku z równowagą znaczenia. To normalne. To nawet nie jest sprowadzanie kogoś do minusa, tylko wyrównanie pozycji. To bywa przyjemne, ciekawe i ekologiczne. Ale trzymanie na siłę kogoś nie usprawiedliwia się „walką o związek”.

Dlaczego?

Dlatego, że kiedy człowieka przy pomocy manipulacji (lękiem na przykład) próbuje się sprowadzić do stanu minusa (zależności), ten człowiek odczuwa: przerażenie, lęk, nieporadność, całkowity brak pewności siebie, rozpacz, zależność, depresje itd. Ponieważ wyjścia on nie widzi (żona, która nie pracuje) zaczyna odczuwać ogromną, drastyczną huśtawkę: od lęku i nienawiści do męża i samej siebie, do przerażenia i lęku przed straceniem męża=nieporadzeniem sobie, i tu się zjawia poczucie niewolniczego podporządkowania. Często to się wiąże z podwyższonym libido (nie zawsze), ale to libido nie ma nic wspólnego z miłością. To na tyle chora konstrukcja, że człowiek zostaje praktycznie pozbawiony osobowości, tu się niema z czego cieszyć. Człowiek czuje się ścięty z nóg, rozebrany na kawałki i przebywa w takim toksycznym maniakalno-depresywnym polu. Które ma też niszczący wpływ na partnera, oczywiście. Ponieważ partner jest jedynym aktywnym „składnikiem” tego pola (to przecież on robi wszystko, by tak właśnie było, to on celowo trzyma drugą stronę w tym stanie) cała niszcząca siła tej chorej konstrukcji spada na niego. Tak działa pole.

Każdy związek z brakiem równowagi znaczenia jest toksyczny. Ale kiedy partner celowo stara się zrobić z drugiego partnera minusa, sam będzie cierpiał kilka razy bardziej. Nigdy nie wolno starać się celowo sprowadzić do minusa drugiego człowieka, zwłaszcza jeśli z tym człowiekiem ma się wspólny dom i wspólne dzieci. Nie wolno trzymać obok siebie ani wroga, ani niewolnika. Manipulacja dlatego jest chybionym pomysłem, że osobowość się zmusza do robienia czegoś, czego ona nie chce. Ale w pewnych momentach prawdziwe JA osobowości dochodzi do głosu. I wtedy powstaje nienawiść. To tak, jak by umawiać się z pijanym człowiekiem  na coś, a kiedy  pijany wytrzeźwieje, on wycofa się ze wszystkich ustaleń.

Kontaktować się należy ze świadomym JA człowieka. A nie po cichu manipulując im od dołu (albo z góry), traktując go jako rzecz, jako funkcje do zaspokojenia swojego ego. Co z tego, że człowiek jest bezwolny i boi się stracić… coś tam? Człowiek bez własnej woli jest najbardziej niepewnym partnerem, który zmieni zdanie natychmiast, jak „wytrzeźwieje”.

Zamiast próbować na siłę zatrzymać przy sobie partnera, który chce odejść (a zatrzymującemu się nie chce zmieniać, by wszystko naprawić), najlepiej postąpić uczciwie nie strasząc, nie niszcząc, na odwrót pomagając w czymkolwiek. Samo to działanie będzie silnym haczykiem, powodującym, że odchodzący będzie często wracał myślami, zahaczając się jeszcze bardziej. Jeśli pamiętać o granicach i zająć się sobą, budowaniem jakichś tam swoich filarów, wiele sytuacji można było by „odkręcić” z powrotem. Ale większość ludzi niestety myślą, że manipulacją i silą można coś „uratować”.

Co myślicie o manipulacji i przestrzeganiu granic? Udaje się je przestrzegać?

TK