Łapiemy się na myśli o tym, że rozdrażnienie i zły humor natychmiast znikną, jak tylko się dostanie smsa ” Dzień dobry”. Spóźnionego o dobę. Od razu widzimy, że trawa jest bardziej zielona a słońce swieci inaczej, cieplej i weselej, jak by też cieszyło się z nami. Po kilku odwołanych spotkaniach zaczynamy odczuwać, że potrzebujemy regularnie dostać zastrzyk szczęścia. Bez niego cała reszta traci sens. Potem uświadamiamy sobie, że ile by nie było tych  „zastrzyków” ból będzie powracał. „Działkę” oczywiście można i wymusić, i wybłagać. Ale za każdym razem sprzedawać siebie trzeba będzie coraz taniej. Każdy narkoman, jeśli nie skończy, koniec będzie mial taki sam. I wszyscy go widzą na kolanach z wyciągniętą ręką.

Zobaczmy krok po kroku, jak powstaje zależność.  Załóżmy dostajemy nową pracę w korporacji albo gdzieś tam. Marzyliśmy o tej pracy i dodatkową przyjemnością w niej jest kolega, pracujący obok. Jest miły, uczynny i bardzo pomocny. Pomaga nam w wykonywaniu naszych zadań i częstuje dobrą kawą. Zawsze można na niego liczyć. Oczywiście sami też dalibyśmy sobie radę z obowiązkami, ale na początku pracy w nowym zespole boimy się pomylić i źle wypaść. Kolegę to przecież nic nie kosztuje – pomagać nam. Widać, że robi to z przyjemnością. Przyjmujemy role grzecznego ucznia i jesteśmy wdzięczni za jego dobre traktowanie nas. Tak? 🙂

Pewnego dnia kolegą się obraża z powodu błachostki. Zrywa z nami kontakt. Jesteśmy zszokowani. Jesteśmy gotowi przeprosić go. Wybłagać wybaczenie na kolanach. Przyznać nawet, że ta błahostka była przestępstwem. Wpadamy w panikę i czujemy bezsilność. Z każdym dniem kolega staje się coraz bardziej zimny, nie ukrywa rozdrażnienia. Nie możemy zrozumieć co się stało?! Przecież był taki miły i wrażliwy, przecież dobrze go znamy! To nieporozumienie, napewno się wyjaśni. Ale mijają dni a kolega patrzy na nas z coraz większa pogardą. Nie możemy się skupić na pracy. Nawet najdrobniejsze rzeczy nam nie wychodzą, wszystko leci nam z rąk. Kolega więcej nie pomaga. Ale zależni jesteśmy od niego jeszcze bardziej, niż na początku. Od jego krytyki albo akceptacji. Czasami nienawidzimy go i myślimy, że jest manipulantem, który wciągnął nas w to piekło i ma z tego przyjemność. Ale jeszcze jednak liczymy, że uda się jakoś pogodzić, że ten straszny sen minie. Czasami  pomaga nam z litości i przez moment wydaje nam  się, że wszystko wróciło. Ale wkrótce od nowa czujemy się niewolnikiem, nienawidzimy go za naszą słabość, za to jak leci nasza samoocena i jak kolega rozsmarowuje naszą godność po ścianie. Chociaż wydaje się czasami, że nas kocha. Jakąś własną, wyjątkową miłością. W rzeczywistości męczy się naszą lepkością, natręctwem, naszym spojrzeniem pobitego psa. Nie wytrzymuje w końcu i wybucha, obraża nas. Po czym oczywiście ma wyrzuty sumienia. Stara się jakoś to załagodzić .Ale gardzi nami jeszcze bardziej.

Tak wyglądają każde relacje, w których tracimy własne Ja. Tracimy go, kiedy otwieramy granice, przemieszczamy własne Ja ze swojego środka do środka pola partnera. Staramy się te granice połączyć, zlać je, stać się jednością. Oddać swoje Ja oznacza dać drugiej osobie prawo, czasami nawet obowiązek, robić siebie szczęśliwym, rozweselać siebie, dogadzać, dawać, pomagać itd. Halo! To wszystko powinniśmy robić sami dla siebie. I na dodatek starać się podzielić tym z innymi. Starać się wywołać w drugiej osobie zaciekawienie sobą, przyjemność od bycia z nami, kojarzyć się jej z komfortem. A nie z ciągłym dawaniem.

To bywa bardzo trudne – zauważenie tego momentu, kiedy dobrze w relacjach jest tylko nam. Wydaje się, że Jemu też jest dobrze. Że razem jest nam dobrze. Chyba nie.

Zauważyć to można tylko wtedy, kiedy się nie szuka ciągle niańki. Kiedy się nie ma roszczeniowego podejścia do życia. Kiedy się umie dziękować za drobiazg. Rozumiejąc, że nawet ten drobiazg nikt nie musiał nam dawać! A większość ludzi nie potrafi czuć wdzięczności kiedy coś dostaje. Potrafią wyciągać rękę po kolejne, mając gdzieś ile wysiłku kogoś kosztowało dać im ten  „drobiazg”. Dają, znaczy, że jego to nie kosztuje. Od tego jest. Więcej mógł by, co się szczypie. Nie macie takiego podejścia czasami? Sposób w jaki ktoś piszę do mnie kilometrowe maile opisując sytuacje i informując na końcu, co mam zrobić, jak mam mu pomóc i na jakie pytania odpowiedzieć albo dzwoni w niedzielę zadając pytania  – wiele mówi o problemach w relacjach z ludźmi tej osoby.

W relacjach niebezpieczny moment można zauważyć wtedy, kiedy myśl o straceniu tej relacji wywołuje panikę. To rzeczywiście niebezpieczne. Kiedy jedynym źródłem radości staje się druga osoba, ale ona może z łatwością zamienić spotkanie z nami na coś innego – jesteśmy w dole. W głębokim, ciemnym, bez liny i latarki. Oczywiście przyjemniej jest pomyśleć, że nam się to wydaje, że mamy niska samoocenę, że nie jest tak źle. Że zaraz zdystansujemy się, zaczniemy ignorować i w ten sposób druga strona przybiegnie. Nikt nie przybiegnie, kiedy siedzimy w jamie. Te iluzje o własnej mocy  (dystansowanie się) maskują problem. Który polega na tym, że jesteśmy minusem. Że chcemy dynamiki. Że jej nie ma. Że oszukujemy siebie. Że druga strona ma wiele alternatyw. A my nie mamy żadnej. Że cale szczęście daje nam tylko jej obecność. W naszym życiu ten ktoś – największa przyjemność, innych nie ma. To początek dna.

To właśnie jest utraceniem własnego Ja. Kiedy od innej osoby zależy nasze samopoczucie, nasz nastrój. Wiele osób myśli, że właśnie to oznacza miłość. Ale miłość to nie narkotyczna zależność. Kiedy druga strona znika na dłużej a my panikujemy i tracimy głowę. Miłość jest wzajemna. Inaczej to uzależnienie. Przestańcie czytać pisarzy-neurotyków, i nakręcać się „nieszczęśliwą miłością”. Wszyscy wybitni pisarzowi byli neurotykami i osobami z dużymi zaburzeniami. Inaczej by nie siedzieli i nie pisali tylko żyli w realnym świecie. Dostojewski był zdiagnozowany, żona Tołstoja próbowała się zabić nożyczkami, on sam często gdzieś łaził, zresztą przed śmiercią też gdzieś polazł i umarł. Znęcał się nad żoną całe życie. Rostropowicz chciał skoczyć z balkonu, a Wiśniewskaja go bez przerwy zdradzała. Potem zestarzali się i uspokoili. Wartość literatury jest tylko taka, że jest to ciekawie opowiedziana historia. Neurotycy są utalentowani. Czasami bardzo. I mamy przyjemność w czytaniu ich prac. Ale sami oni tej przyjemności nie mieli, bo wszyscy byli mocno zaburzeni. Człowiek zdrowy nie napisze „Cyrulika”. I człowiek zdrowy nie będzie go oglądał 1050 razy ))) To fakt. Ja cieszyłam się, kiedy będąc teraz w swoim mieście rodzinnym wyszłam z teatru pod czas sztuki Dostojewskiego. Nagle poczułam, że mnie to więcej nie kręci.  Wolę iść na Dniepr.

Miłość nie oznacza cierpienia. Jeszcze raz powtarzam. Cierpienie powodują karaluchy w naszej głowie. Na ile jesteśmy zaburzeni, na tyle będziemy cierpieć. Tylko teraz zobaczcie, jak wyglądamy będąc głupim Czekaczem.

Załóżmy zakochaliśmy się. Czekamy na telefon i się cieszymy z tego. To akurat normalne. Serce wali, jak młotem. I teraz zamiast myśleć : ” Super, jak fajnie, zakochałem się!” należy myśleć: ” Jak mogę wzbudzić Jego/Jej zainteresowanie? Jak mogę stać się bardziej atrakcyjny? Czym mogę Ją/jego przyciągnąć?” Czyli miłość powinna nie być bierną przyjemnością, tylko motywacją do działania. Należy się nie skupiać na odczuwanym komforcie tylko starać się sprawić przyjemność drugiej stronie. Nauczyć się czegoś. Zarobić pieniądze. Wyrzeźbić sylwetkę. Przeczytać książkę. Czyli ciągle się rozwijać. Nie być lepiącym się Czekaczem. Tylko samodzielną dobrze zorganizowaną jednostką 🙂

Lekceważenie partnera nic nie da. Pomoże zamaskować zależność ale jej nie wyleczy. Tak samo, jak narkoman, który lekceważąco mówi o narkotykach i nie uważa, że jest zależny od nich, nie ma szansy na wyleczenie się z tego. Dlatego zauważając, że nasze szczęście albo rozpacz zależne są od drugiego człowieka należy nie nienawidzieć go czy starać się lekceważyć tylko zwrócić samemu sobie samego siebie. Swoje Ja. Nasze Ja nikomu nie jest potrzebne. Ono zawsze powinno być u nas w środku. Czy mamy relacje, czy jesteśmy samotni. Nieważne. Bez własnego Ja nas nie będzie.

Jeśli łapiemy się na myśli ” jakoś bardzo staje się zależna od niego” – od razu należy kierować swój czas i uwagę na inne sprawy, zaczynać się czymś zajmować. To nie jest trudne na początku zależności. Po prostu większości nie chce. Chce się przyjemnie rozluźnić i delektować się chwilą. Ale jeśli zbyt długo byliśmy sami albo mamy zbyt mało sfer, które dają nam energię (niczym się nie zajmowaliśmy się na poważnie) ryzyko wpadnięcia w zależność jest duże.

Również jest duże ryzyko zlecieć w minus jeśli nasz partner ma wysoką WO ( inaczej tak szybko nie zakochalibyśmy się) i mnóstwo spraw, zainteresowań, prowadzi aktywne życie. Nie ma nic strasznego w tym, by pokochać osobę z wyższą WO, po prostu należy się starać mieć równie aktywne życie. Nie zostawać Czekaczem. Bo to droga w minus. Siedzenie w marzeniach i czekaniu na partnera prowadzi do tego, że zaczynamy wymuszać uwagę, stajemy się uciążliwi, druga strona się dystansuje.

Nie stać się minusem można tylko wtedy, kiedy nie będziemy uzależniać swoich przyjemności, swojej samooceny, swojego życia od drugiego człowieka. Nie będziemy oczekiwać od niego przyjemności. To nie oznacza, że jej nie dostaniemy! Po prostu lepiej dostawać nie będąc zależnym. I zawsze panować nad biegiem wydarzeń.

images

TK